Klimatycznie wraz ze wrześniem na różnych portalach społecznościowych zalewają nas tematy, jak to bardzo nienawidzi się szkoły, porannych pobudek, czy może klasowych idiotów, którzy nie traktują niczego poważnie. Rzecz to raczej naturalna i do której jesteśmy przyzwyczajeni od dawnien dawna, a dziwić się nie ma co. W końcu z mojego ukochanego leniwczego trybu życia przechodzimy na taki wymagający sporego wkładu pracy od wczesnych poranków. Post jednak nie o samym szkolnym życiu będzie, aż tak zdesperowana na brak pomysłów to nie jestem i końcówki mojej obecnie cienkiej jak naleśniki weny jeszcze ostatki zostały. Marudzić dzisiaj będę oczywiście o jednym z najbardziej znienawidzonych zawodów na świecie-i nie mam tutaj na myśli biednych, oczernianych przez gimbaze policjantów.
Jest pewien typ nauczycieli, tak doszczętnie zły do przysłowiowego szpiku kostnego, a których jedyną ambicją życiową jest nękanie uczniów. Najprościej mówiąc, niektórzy w szkole chcą po prostu nas udupić!
Zacznijmy od czegoś oczywistego, co zna każdy na swojej skórze. Omawiany przeze mnie typ nauczyciela nie pomyśli nawet, że uczeń może mieć inne |równie wyczerpujące| zajęcia pozalekcyjne. Chociażby może tańce albo może gra mały koncert w pobliskim klubie, czy jakieś inne duperele, przez które jednak nie miał siły i chęci na pisanie opracowania o znaczeniu pingwinów w ekosystemie Andów uwzględniając przy tym wpływ lodowców na szynszyle górskie. I tacy nauczyciele nie przyjmą do wiadomości, że grałeś ten przykładowy mecz piłkarski, bo ważniejsze jest wypracowanie z polskiego o tolerancji w społeczeństwach międzypokoleniowych. I najgorsze, że tacy nauczyciele nie powiedzą ci „no dobrze, w takim razie zrób to na jutro”. Nie, słyszy się tylko, że wypracowania poprawić nie można, a w dzienniku ląduje kolejna, lśniąca pała. Wspaniały początek szkoły, prawda?
Napocząć muszę także o nauczycielach, dających jedynki, żeby poprawić jedynki. Brzmi dość dziwnie, ale inaczej wytłumaczyć tego zjawiska nie można. Dajmy na przykład jest w klasie Jadzia, mała, cichutka osóbka niewadząca nikomu w środkowym rzędzie. Ostatnio niezbyt jej się powodziło, jeśli chodzi o oceny z matematyki. WSPANIAŁOMYŚLNIE nauczycielka wezwała ją do tablicy, odpytała z poprzednich lekcji i biedna dziewoja ponownie zarobiła pałe, dlaczego? Bo nie rozumie działu, ale 'baba' z matmy nawet nie posiliła się, żeby z nią o tym pogadać i najzwyczajniej zapytać, czy umie te tematy czy nie! Coś w stylu ''Zapytajmy kogoś, kto ma słabe oceny, będzie wesoło''? Naprawdę nie mogę pojąć, po co pytać daną osobę, skoro wiadomo, że znowu dostanie pałe?
Na koniec jeszcze muszę wspomnieć o największym gównie, za moich czasów gimnazjalnych i kończę tematy szkolne. ZERA, czyli jak zjebać sobie całą średnią z przedmiotu dzięki jednej ocenie. Dawana za niezaliczenie/niepodejście do danego egzaminu, kartkówki, odpowiedzi czy też pracy pisemnej, a które potrafiło obniżyć średnią do połowy, POŁOWY! A poprawić także nie ma jak, bo przecież termin minął, a TEN typ nauczyciela o którym tak długo rozprawiam nie może przymknąć oka. To by było przecież złe.
A może tym niespełnionym w zawodzie nauczycielom sprawia to anormalną radość i uniesienie?
Tak na koniec jeszcze dodam- owszem mam za sobą ciężki tydzień i nawet pomysłów na dziwne porównania nie mam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz